nekroapologusblog
libri

contactus
siostry m trzy siostry, trzy wiedźmy, trzy piękności
neurocoma efemerie neurocomowe
nekroneuron pozagrobowy blog nekronowy
neuron podstawowy blog neuronowy

  Wpis utrzymujący... 2007-06-26 11:44:43


Ciągle trwa proces kończenia "powieści" więc wstawiam tylko wpis kontrolny, w celu przetrwania tej strony.

skomentuj (1)



....nadal przerwa techniczna.... 2007-05-21 19:30:05


i nadal techniczny wpis, mający na celu przetrwanie bloga.

pzdr,

N


skomentuj (0)



.........przedłużenie 2007-04-17 20:12:11


.... praca nad blogiem >>nekroneuron<< nadal trwa, dlatego też wpisuję jedynie wpis testowy mający stanowić przedłużenie egzystencji bloga. Pozdrawiam :)

skomentuj (1)



-----------przerwa techniczna--------------- 2007-02-26 10:12:19



_Szanowni Państwo!

Z bólem serca pragnę donieść o koniecznej przerwie technicznej - czyli, jak łatwo się domyślić - przerwie we wpisach. Wywołana jest ona koniecznością ukończenia książki, która - jak mam nadzieję - ukończona (i zredagowana) zostanie w przeciągu dwóch, trzech miesięcy. Jeżeli będzie to możliwe, wpisy będą być może w tym czasie powstawać - nie mogę dać jednak na to gwarancji. W takim wypadku pojawią się tylko wpisy wtrętowe, aby blog - z racji swej miesięcznej nieaktywności - nie został automatycznie wykasowany.

O ukończeniu powieści rzecz jasna poinformuję.

Serdecznie pozdrawiam i bardzo dziękuję wszystkim, którzy zechcieli zerknąć na ów skromny blog.

Neuron

skomentuj (1)



Rubinowa krew 2007-01-17 21:58:39



Dawno, dawno temu gdy ludzie walczyli z lasem, w głębokiej puszczy mieszkała piękna czarownica.

Jej włosy były czarne jak atramentowa noc, skóra biała jak mleko i gładka jak atłas, a oczy roziskrzone jak gwiazdy. Postronny człowiek mógłby wziąść ją za wcielenie anioła, ale uważne oko dostrzegłoby jej skazy: jedną nogę miała o grubość źdźbła trawy dłuższą od drugiej a nad górną wargą znajdował się niewielki pieprzyk. Jeśli zaś zbyt długo patrzyło się w jej lewe oko miało się wrażenie, że wpada się do bezdennej i duszącej studni.

Najpiękniejsze jednak były jej włosy, choć zawierały w w sobie złe czary: a mianowicie ich korzenny, cierpki zapach wzbudzał uczucie nienaturalnej senności. Wielu młodych mężczyzn piękna czarownica przywiodła do zguby za pomocą usypiających włosów. Jeśli bowiem spodobał się jej jakiś nieszczęśnik przychodziła do niego w snach obiecując nieziemskie rozkosze, by wreszcie - otępiałego i odurzonego z pożądania - zaciągnąć w las i otoczyć czarnymi włosami. Po takim spotkaniu młodzieniec na zawsze zostawał jej niewolnikiem. Niektórych z nich czarownica zabierała, zgodnie z senną obietnicą, do swego łoża. Z grzesznego związku rodziły się potem złośliwe karły, strzygi o trzech szczękach i blade, chude dzieci - te ostatnie, choć były piękne, miały zimne, oddane czarownicy serca i dopuszczały się wielu okrucieństw.

Czarownica rządziła więc całą puszczą, choć nie zapuszczała się daleko poza swoje królestwo. Służyły jej ptaki, jaskiniowe nietoperze i liczne zwierzęta leśne. Pająki szyły jej suknie z delikatnych pajęczych nici, nanizując na nie krople diamentowej rosy a osy przynosiły jej zrabowany leśnym pszczołom miód. Na jej rozkaz zatruto pobliskie źródła - kto napił się z nich wody śnił o czarownicy i w głębi swej duszt zachowywał na zawsze jej obraz. Taki człowiek nie był co prawda jej sługą, lecz nie mógł się jej przeciwstawić jeśli zażądałaby czegoś lub ochroniłby ją, gdyby groziło jej jakieś niebezpieczeństwo. Całe wioski lękały się jej gniewu i jeśli tylko z puszczy przybył posłaniec czarownicy - człowiek czy szczur mówiący ludzkim głosem - spełniano bez szemrania jego żądania płacąc haracz z mięsiwa i roślinnych plonów.

Czas jednak mijał a moc czarownicy słabła. Szeptano, że sam diabeł znudził się jej wdziękami i pozostawił ją własnemu losowi. Mówiono, że magiczne wywary z czasem zmąciły jej umysł a uprawiane czary osłabiły jej mroczne zdolności. Odważniejsi twierdzili jednak, że czarownica podległa w końcu Bożemu Prawu i zaczęła się starzeć, mimo wielu lat wykradzionej magicznie młodości. Starość natomiast - powtarzano - nie radość i widocznie czary nie wychodzą już tak dobrze zgrzybiałej sekutnicy. Pękła jej też podobno złota strzykawka, którą pobierała krew z żył własnych dzieci racząc się nią potem, by w ten sposób oszukać okrutny upływ czasu.

Mijały lata. Od dawna do żadnej z wiosek nie przychodził posłaniec czarownicy i ludzie zaczęli mówić, że jej postać to tylko stara legenda, bujda opowiadana przez dziadów przy piecu w zamian za mleko z odrobiną skwarek. Z czasem ci, którzy tak mówili sami stali się starzy i opowiadali o czarownicy swym dzieciom, które układały o niej wierszyki i dodając swoje, wymyślone na jej temat opowieści. I działo się tak, aż do czasu w którym pewna mała dziewczynka zagubiła się w puszczy.

Dziewczynka chciała tylko nazbierać grzybów - i za każdym kolejnym konarem znajowała jeden, coraz bardziej dorobny. Weszła więc głęboko pomiędzy grube drzewa i przeskakiwała przez poskręcane korzenie szukając polanek z mokrego mchu. Rosły tam piękne borowiki i prawdziwki z wielkimi kapeluszami. Nie było ani jednego psiaka czy muchomora - tak jakby las chciał obdarzyć dziewczynkę najpiękniejszymi okazami. Dziecko zapomniało więc o powrocie na ścieżkę, nie zauważyło też, że zrobiło się ciemno. Z nor powychodziły chichoczące lisy a pomiędzy gałęziami przelatywały srebrzyste sowy.

Dziewczynka usiadła w końcu na pieńku i zorientowawszy się, że nie pamięta powrotnej drogi - zaczęła płakać. Kiedy łzy spływały jej po policzkach usłyszała nagle cichy śpiew. Nie był to śpiew smutny ani radosny, skoczny ani powolny lecz pełen tęsknoty i nie można go było zapomnieć. Dziewczynka wstała z pieńka i poszła za źródłem śpiewu. W ten sposób dotarła do polanki otoczonej koronami drzew.

Na jej środku, przy małym strumyku siedział chłopiec. To on śpiewał a śpiewając uderzał wierzbową witką podchodzące do niego, leśne zwierzęta. Widać było, że borsuki, wiewiórki i młode sarny podchodziły do niego z lękiem – uderzał je bowiem wyjątkowo boleśnie a do strumyka wpadały krople ich krwi. Kiedy dziewczynka podeszła bliżej zauważyła, że chłopiec był nagi i zakryty jedynie przez poszarpaną przepaskę. Był też przeraźliwie chudy – spod napiętej jak pergamin skóry widać było jego białawe kości i tylko oczy wyglądały na roziskrzone niezdrową gorączką.

Wystraszona dziewczynka postanowiła uciec, pod jej stopą trzasnęła jednak gałązka. W tym momencie zwierzęta bite witką przez chłopca, podbiegły do niej. Widząc je z tak bliska dziewczynka zauważyła, że wszystkie mają na oczach bielmo ślepoty. Większość wyglądała też bardzo staro. Było ich jednak tak wiele, że z łatwością zaciągnęły ją przed chłopca.

- Kim jesteś? – spytał tak, jakby był szczerze ciekawy. Nie patrzył jednak na nią a kiedy się odezwała i powiedziała, że mieszka w pobliskiej wiosce uśmiechnął się kpiąco.
- Już nigdy tam nie wrócisz – powiedział. – Będziesz mieszkać tu ze mną. Będziesz się mną opiekować, bo oprócz zwierząt nie ma tu nikogo kto by mi służył a moja matka od dawna już nie żyje.

Dziewczynka zaczęła płakać, co bardzo rozsierdziło chudego chłopca. Wściekły zamachnał się witką chcąc ją uderzyć, zasłoniła się jednak rękami. Wówczas chwycił ją za jej czarne włosy i zaczął nią szarpać. Dziewczynka próbując się bronić popchnęła go a on upadł, uderzając głową o leżący na ziemi kamień.

Zapadła cisza. Martwy chłopiec lezał obok strumyka a z jego ust wypłynęła kropla rubinowej krwi. Wydało się wtedy, że cała puszcza zastygła i przestała oddychać; nie słychać było nawet najcichszego powiewu wiatru czy bicia serca. Nad polaną zawisł gęsty i ciężki czar, duszący jak zapach tysiąca starych róż. A dziewczynka nachyliła się i sama nie wiedząc czemu, pocałowała martwego chłopca w usta.

W tym momencie kropla rubinowej krwi chłopca zapadła jej w serce.

Puszcza powoli ożyła a milcząca dziewczynka, ruszyła w jej głębię. Idąc uśmiechała się do siebie i dotykała maleńkimi dłońmi rosnące przy leśnej dróżce kwiaty paproci.

Po chwili poszły za nią zwierzęta. A gdy tak szła, lekki zefir powiewał jej czarnymi jak atramentowa noc i nieprzeniknionymi jak sen, włosami.




skomentuj (1)



Karzeł i diabeł 2006-12-12 14:22:53


Dawno, dawno temu za górami i lasami i przed pierwszą wojną od miasteczka do miasteczka wędrował wędrowny cyrk.

W cyrku był jeden stary słoń, wyliniały tygrys i wesoła małpka. Były tam tresowane myszy Mistrza Caligari. Były tam skaczące wysoko w górę pchły, znające się na matematyce. Był tam też maly konik na którym akrobacje wyczyniała śliczna woltyżerka. Dla dzieci wchodzących pod dach burego namiotu cyrkowego wyczyny woltyżerki były powodem do krzyków pełnych radości i oklasków. Patrząc, jak mały konik kłusuje dookoła areny cyrku a woltyżerka staje na jego grzbiecie dzieci zapominały o kupionych przed namiotem cyrkowym lizakach.

W woltyżerce zakochany był cyrkowy siłacz, łysy, o sumiastych wąsach. Siłacz stanowił prawdziwą atrakcję wieczoru! Pod koniec spektaklu woltyżerki wychodził na cyrkową arenę z żelaznym łańcuchem oplatującym całe jego ciało. Siłacz naprężał się i sapał a kiedy na szyi nabrzmiewały mu żyły, łańcuch pękał z głośnym trzaskiem. Wszyscy krzyczeli wtedy z zachwytu! Popatrzeć na ten wyjątkowy pokaz siły przychodził nawet dyrektor cyrku, o którym chodziły plotki że nie ma serca tylko tykający zegarek kieszonkowy.

Siłacz bardzo długo starał się o względy woltyżerki. Wychodził wczesnym rankiem ze swojego wagoniku, nazbierać dla niej pokrytych poranną rosą polnych kwiatów. A gdy cyrk zatrzymywał się w miasteczku wydawał swoje ostatnie monety na przepyszne czekoladki by zanieść je potem woltyżerce w pudełeczku z różową wstążeczką. Siadali później pod wagonikiem cyrkowym woltyżerki i patrząc na wstające słońce jedli czekoladki jedną po drugiej a woltyżerka wąchała zebrane przez siłacza kwiaty.

Nic co piękne nie może jednak trwać wiecznie. W woltyżerce był bowiem też zakochany paskudny, cyrkowy karzeł. Spał on jednak do południa i nigdy nie przyniósł jej polnych kwiatów pokrytych poranną rosą. Był także bardzo chciwy i nigdy nie kupił jej czekoladek w ładnym pudełeczku. Za to przez cały czas ją zaczepiał i nagabywał zapraszając do swojego cuchnącego alkoholem wagoniku. Jego marzeniem było by woltyżerka została jego żoną i aby razem urządzali alkoholowe libacje.

Pewnego dnia karzeł był tak nachalny i tak bardzo usiłował zwrócić na siebie uwagę, że woltyżerka powiedziała do niego ze złością:

- Daj mi wreszcie spokój, paskudny karle cyrkowy! Kocham tylko siłacza i zostanę jego żoną!
- Jeszcze zobaczymy! - zagroził karzeł i pomachał zaciśniętą pięścią. Ale nie zrobił nic więcej tylko wściekły poszedł do swojego wagoniku wypić butelkę śliwowicy.

Zapadła czarna noc. Niebo zakryły za dnia chmury i nie widać było gwiazd. O północy zerwał się wicher i niemal przewrócił rozbity cyrkowy namiot. Była to paskudna noc, w sam raz do paskudnych uczynków.

Karzeł nie próżnował. Gdy wicher szalał na zewnątrz jego małego, cuchnącego alkoholem wagoniku karzeł odnalazł starą księgę pokrytą ludzką skórą. Ukradł ją z wagonu dyrektora cyrku, który kupił ją dawno temu od szalonej czarownicy. Księga była bardzo niebezpieczna, gdyż zawierała sekret przywołania diabła.

Paskudny karzeł zapalił czarną świecę a małym nożykiem z czarną rękojeścią naciął sobie serdeczny palec. Kropla krwi kapnęła na srebrną misę migocząc rubinowo w płomyku czarnej świecy. Karzeł nie tracąc czasu otworzył zakazaną księgę i przeczytał zaklęcie.

Zaszumiało i zagrzmiało, na zewnątrz wagoniku karła zapadła nagle straszliwa cisza jakby wszystko umarło. Świeca zgasła, misa się przewróciła. Karzeł wrzasnął ze strachu i wyrzucił księgę z rąk. Nic to jednak nie dało, bo w wagoniku pojawił się diabeł. Wyglądał on tak okropnie, że serce zamierało a krew zamieniała się w lód. Miał głowę kozła, ciało człowieka, nogi osła i świński tylek z zakręconym świńskim ogonem. Jego oczy świeciły się na czerwono a owłosione łapy zakończone były czarnymi pazurami.

- Wezwałeś mnie - zabeczał diabeł. - Czego chcesz?
- Chcę żeby woltyżerka należała do mnie! - krzyknął karzeł zamykając oczy bo bał się patrzeć na diabła.
- Dobrze, niech będzie jak chcesz - zamiauczał diabeł. - Ale wszystko ma swoją cenę! Podpiszesz cyrograf, że jeśli woltyżerka będzie twoja oddasz mi swoją duszę!

Karzeł się zgodził. Ponieważ jednak był pełen nienawiści, powiedział:
- Dobrze, oddam duszę ale jeszcze pod jednym warunkiem!
- Jeszcze ci mało? - zaszczekał diabeł. - Czego jeszcze chcesz za swoją plugawą duszyczkę, która i tak będzie do mnie należała? Jest bowiem tak zepsuta, że nawet teraz czuję jak cuchnie!
- Najbardziej na świecie nienawidzę siłacza z naszego cyrku! - powiedział karzeł. - To on zabrał mi woltyżerkę! Chcę, żeby umarł!
- Niech i tak będzie - zaskrzeczał diabeł, po czym podpisali cyrograf. Karzeł nie spał potem całą noc.

***

Następnego dnia miało odbyć się wielkie przedstawienie. Cyrk był pełen dzieci i dorosłych. Stary słoń stawał na tylnych nogach, wyliniały tygrys gonił tresowane myszy, wesoła małpka żonglowała piłeczkami a pchły rozwiązywały najtrudniejsze matematyczne zadania. Mały konik woltyżerki dostał wysadzane cekinami siodło a siłacz wziął swój najgrubszy łańcuch.

Kiedy woltyżerka wyjechała na swoim koniku, na scenę wyszedł też siłacz. W trakcie jej występu założył na siebie najgrubszy łańcuch i zaczął się napinać, chcąc zerwać choć jedno ogniwo. Wszystkiemu przyglądał się zdenerwowany, paskudny karzeł.

Łańcuch był bardzo gruby i ciężki! W namiocie cyrkowym zaległa całkowita cisza. A siłacz naprężał się i naprężał... wydawało się, że zaraz pęknie! Na jego szyi pojawiły się czerwone, nabrzmiałe żyły. Nawet woltyżerka krzyknęła, żeby przestał. Ale siłacz nie dawał za wygraną. Nagle... rozległ się metaliczny łoskot. To pękł łańcuch! Ogniwa poleciały we wszystkie strony! Zwycięski siłacz uniósł ręce do góry.

Jego radość nie trwała jednak długo! Ustały krzyki zachwytu ze strony publiczności a w namiocie rozległ się jęk paskudnego karła.

Obok malego konika leżało martwe ciało woltyżerki. Jedno z ogniw rozerwanego łańcucha trafiło ją w głowę i zabiło na miejscu!

Siłacz widząc to krzyknął i w tym momecie pękło mu serce.

Nie był to jednak koniec! W namiocie powiało okropnym smrodem a na arenie pojawił się diabeł. Trzymał w łapach wielki słoik po konserwowych ogórkach. Podbiegł do ciała woltyżerki i nim ktoś zdążyłby powiedzieć "nie dla psa kiełbasa, nie dla kota szperka" pociął je pazurami na małe kawałeczki i upchał do słoika, który włozył w ręce przerażonego karła mówiąc:
- Teraz jest twoja!

Ludzie zaczęli uciekać z namiotu cyrku. Wybiegł z nimi i karzeł ścigany śmiechem diabła. Nie mógł wyrzucić słoika, bo ręce przyrosły mu do szkła. Biegł więc przed siebie dwa dni i dwie noce aż upadł i wyzionął ducha.

Siedzi teraz w piekle, owinięty płonącym łańcuchem i wciąż trzyma w dłoniach potworny słoik.



skomentuj (4)



żelazne zęby 2006-12-04 20:18:22



Dawno, dawno temu w czarnej wieży na skraju lasu mieszkała mała dziewczynka.

Las był wielki, gęsty i mroczny. Mieszkały w nim gotujące ludzkie mięso w kotłach czarnownice i wielkie, czarne koty. Po zagajnikach biegały wilkołaki a szare pająki snuły kleiste, grube sieci pomiędzy gałęziami drzew.

Nad wielkim, mrocznym lasem nigdy nie wstawało słońce. Na niebie usłanym kropami błyszczących i zimnych gwiazg królował tylko księżyc. Był wielki i pyzaty a w jego świetle wszystko wyglądało jak pokryte perlistą rosą.

Dziewczynka rzadko wychodziła ze swojej wieży. Nikt jej nie pilnował i nikt nie zabronił jej wychodzić. Wychodziła więc na zewnątrz, zamykając wielkie drzwi do wieży na srebrny klucz. Zawieszała go sobie na szyi gdyż był on tak duży, że mogła zmieścić głowę w dziurkę od klucza.

Pod wieżą rozpościerał się niewielki cmentarzyk pełen krzywych krzyży i próchniejących nagrobków. Rosły tam chwasty, zioła i kaczeńce. Dziewczynka zbierała tam rośliny z których później gotowała cienką zupę. Zupy zwykle nie starczało, bo musiała nią nakarmić kota Nepomucena, szczura Yblega i pajęczycę Klarę. Dziewczynka była zawsze, zawsze głodna. Wiedziała, że musi nakarmić swoich pupili bo jeśli nie nakarmiła choć jednego z nich to zakradał się on nocą do jej łóżka i wysysał z jej małego palca u nogi odrobinę krwi.

Kiedy nad mrocznym lasem i czarną wieżą zapadał zmierzch, pełniący w tej odległej krainie rolę dnia, dziewczynka wchodziła na sam szczyt wieży i patrzyła na świat przez niewielkie okienko bez krat. Było zaś na co popatrzeć - aż po horyzont ciągnęły się czubki czarnych drzew by zatonąć wreszcie w gęstej mgle.

Pewnego dnia, kiedy dziewczynka zbierała zioła na kolejną zupę na cmentarzyk pod wieżą podeszła zgarbiona staruszka. Starowinka była maleńka i miała świecące, małe oczka. Opierała się na cienkiej, wątłej laseczce i zdawała się patrzeć czujnie na małą dziewczynkę.

- Co tu robisz, moja malutka? - spytała staruszka skrzekliwym głosem.
- Zbieram zioła na cienką zupę dla mnie, kota Nepomucena, szczura Yblega i pajęczycy Klary - odpowiedziała dziewczynka.
- A dasz mi troszeczkę?
- Nie mogę babciu, bo inaczej nie starczy dla wszystkich. A jeśli nie starczy dla jednego z moich pupilków to ten, którego nie nakarmię zakradnie się w nocy do mojego łóżka i wyssie mi z małego palca u nogi odrobinę krwi.
- Daj mi tylko troszeczkę - poprosiła babcia. - A jeśli dasz mi choć kropelkę, to dam ci w zamian moje żelazne zęby.
- A po co mi twoje żelazne zęby, babciu? - zdziwiła się dziewczynka.
- Dawno temu dostałam je od dobrego staruszka, zwanego Świętym Mikołajem - wyznała staruszka. - To bardzo mocne zęby i jeśli któryś z twoich pupilków będzie chciał cię ugryźć w palec u nogi, to pogryziesz go nimi na pół!

Od słowa do słowa - i dziewczynka zgodziła się poczęstować starowinkę. Babuleńka wypiła tylko kropelkę zupy i zanim odeszła, zostawiła żelazne zęby.

Tej nocy, dziewczynka zostawiła resztkę zupy dla swoich ulubieńców i poszła do łóżka. Tuż przed snem założyła żelazne zęby i przejrzała się w pękniętym lusterku. Kiedy odchyliła wargi, wyglądała naprawdę upiornie. Żelazne zęby ledwo mieściły się jej w ustach cieszyła się więc na myśl, że teraz już nikt nie wyssie jej odrobine krwi z palca u nogi. Położyła się do łóżka i zgasiła świecę.

W środku nocy na dworzu rozpętała się burza. Wiatr łamał czarne drzewa, uderzały błyskawice. Na cmentarzyku spacerowały przezroczyste dusze zmarłych. Dziewczynka spała jednak jak zabita.

W lesie chichotały wilkołaki i wyły stare wiedźmy. Czarne wiewiórki łupały orzechy. Dziewczynka spała jednak jak zabita.

Skrzypiała brama od cmentarza, wiatr uderzał drzwiami od wieży. Piszczały źle naoliwione zawiasy. Dziewczynka spała jednak jak zabita.

Nagle - szur, szur! Szur, szur - to ktoś szedł korytarzem wieży, stąpał po maleńkich schodkach na górę. Czy był to kot Nepomucen? Czy był to szczur Ybleg? A może pajęczyca Klara?

Złowrogi cień nachylił się nad dziewczynką. Ale była ona sprytna i nie otworzyła nawet oczu.

Cień nachylił się cicho oddychając. Myślał, że dziewczynka śpi mocnym snem. Kiedy nachylił się jednak bardziej, dziewczynka rozchyliła lekko wargi i przejechała językiem po wielkich, żelaznych zębach. Nie mogła się doczekać, aż cień przysunie się bliżej.

Uderzyła błyskawica, przez las przetoczył się grom. A dziewczynka szarpnęła się do przodu i z całej siły ugryzła napastnika. W ustach poczuła smak kwaśnej krwi i usłyszała nieludzki wrzask. Nie zwlekając szybko zeskoczyła z łóżka i zapaliła świecę. Obok łóżka leżał ciemny kształt.

Niestety nie był to kot Nepomucen. Niestety nie był to szczur Ybleg. Niestety nie była to pajęczyca Klara.

Na ziemi leżał piękny królewicz z odgryzioną żelaznymi zębami twarzą. Zakradł się w nocy do dziewczynki, gdyż chciał ją obudzić pocałunkiem.

Biedna dziewczynka! Było jej bardzo smutno. Zachowała jednak żelazne zęby a kawałki twarzy królewicza dała do zjedzenia kotu Nepomucenowi, szczurowi Yblegowi i pajęczycy Klarze. Po raz pierwszy zwierzątka zjadły coś więcej niż tylko cienką zupkę. A ciało królewicza dziewczynka zakopała w cmentarzyku pod wieżą.

Tak samo, jak wiele innych.


skomentuj (2)



 

2007
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2006
grudzień