Rubinowa krew

2007-01-17 21:58:39



Dawno, dawno temu gdy ludzie walczyli z lasem, w głębokiej puszczy mieszkała piękna czarownica.

Jej włosy były czarne jak atramentowa noc, skóra biała jak mleko i gładka jak atłas, a oczy roziskrzone jak gwiazdy. Postronny człowiek mógłby wziąść ją za wcielenie anioła, ale uważne oko dostrzegłoby jej skazy: jedną nogę miała o grubość źdźbła trawy dłuższą od drugiej a nad górną wargą znajdował się niewielki pieprzyk. Jeśli zaś zbyt długo patrzyło się w jej lewe oko miało się wrażenie, że wpada się do bezdennej i duszącej studni.

Najpiękniejsze jednak były jej włosy, choć zawierały w w sobie złe czary: a mianowicie ich korzenny, cierpki zapach wzbudzał uczucie nienaturalnej senności. Wielu młodych mężczyzn piękna czarownica przywiodła do zguby za pomocą usypiających włosów. Jeśli bowiem spodobał się jej jakiś nieszczęśnik przychodziła do niego w snach obiecując nieziemskie rozkosze, by wreszcie - otępiałego i odurzonego z pożądania - zaciągnąć w las i otoczyć czarnymi włosami. Po takim spotkaniu młodzieniec na zawsze zostawał jej niewolnikiem. Niektórych z nich czarownica zabierała, zgodnie z senną obietnicą, do swego łoża. Z grzesznego związku rodziły się potem złośliwe karły, strzygi o trzech szczękach i blade, chude dzieci - te ostatnie, choć były piękne, miały zimne, oddane czarownicy serca i dopuszczały się wielu okrucieństw.

Czarownica rządziła więc całą puszczą, choć nie zapuszczała się daleko poza swoje królestwo. Służyły jej ptaki, jaskiniowe nietoperze i liczne zwierzęta leśne. Pająki szyły jej suknie z delikatnych pajęczych nici, nanizując na nie krople diamentowej rosy a osy przynosiły jej zrabowany leśnym pszczołom miód. Na jej rozkaz zatruto pobliskie źródła - kto napił się z nich wody śnił o czarownicy i w głębi swej duszt zachowywał na zawsze jej obraz. Taki człowiek nie był co prawda jej sługą, lecz nie mógł się jej przeciwstawić jeśli zażądałaby czegoś lub ochroniłby ją, gdyby groziło jej jakieś niebezpieczeństwo. Całe wioski lękały się jej gniewu i jeśli tylko z puszczy przybył posłaniec czarownicy - człowiek czy szczur mówiący ludzkim głosem - spełniano bez szemrania jego żądania płacąc haracz z mięsiwa i roślinnych plonów.

Czas jednak mijał a moc czarownicy słabła. Szeptano, że sam diabeł znudził się jej wdziękami i pozostawił ją własnemu losowi. Mówiono, że magiczne wywary z czasem zmąciły jej umysł a uprawiane czary osłabiły jej mroczne zdolności. Odważniejsi twierdzili jednak, że czarownica podległa w końcu Bożemu Prawu i zaczęła się starzeć, mimo wielu lat wykradzionej magicznie młodości. Starość natomiast - powtarzano - nie radość i widocznie czary nie wychodzą już tak dobrze zgrzybiałej sekutnicy. Pękła jej też podobno złota strzykawka, którą pobierała krew z żył własnych dzieci racząc się nią potem, by w ten sposób oszukać okrutny upływ czasu.

Mijały lata. Od dawna do żadnej z wiosek nie przychodził posłaniec czarownicy i ludzie zaczęli mówić, że jej postać to tylko stara legenda, bujda opowiadana przez dziadów przy piecu w zamian za mleko z odrobiną skwarek. Z czasem ci, którzy tak mówili sami stali się starzy i opowiadali o czarownicy swym dzieciom, które układały o niej wierszyki i dodając swoje, wymyślone na jej temat opowieści. I działo się tak, aż do czasu w którym pewna mała dziewczynka zagubiła się w puszczy.

Dziewczynka chciała tylko nazbierać grzybów - i za każdym kolejnym konarem znajowała jeden, coraz bardziej dorobny. Weszła więc głęboko pomiędzy grube drzewa i przeskakiwała przez poskręcane korzenie szukając polanek z mokrego mchu. Rosły tam piękne borowiki i prawdziwki z wielkimi kapeluszami. Nie było ani jednego psiaka czy muchomora - tak jakby las chciał obdarzyć dziewczynkę najpiękniejszymi okazami. Dziecko zapomniało więc o powrocie na ścieżkę, nie zauważyło też, że zrobiło się ciemno. Z nor powychodziły chichoczące lisy a pomiędzy gałęziami przelatywały srebrzyste sowy.

Dziewczynka usiadła w końcu na pieńku i zorientowawszy się, że nie pamięta powrotnej drogi - zaczęła płakać. Kiedy łzy spływały jej po policzkach usłyszała nagle cichy śpiew. Nie był to śpiew smutny ani radosny, skoczny ani powolny lecz pełen tęsknoty i nie można go było zapomnieć. Dziewczynka wstała z pieńka i poszła za źródłem śpiewu. W ten sposób dotarła do polanki otoczonej koronami drzew.

Na jej środku, przy małym strumyku siedział chłopiec. To on śpiewał a śpiewając uderzał wierzbową witką podchodzące do niego, leśne zwierzęta. Widać było, że borsuki, wiewiórki i młode sarny podchodziły do niego z lękiem – uderzał je bowiem wyjątkowo boleśnie a do strumyka wpadały krople ich krwi. Kiedy dziewczynka podeszła bliżej zauważyła, że chłopiec był nagi i zakryty jedynie przez poszarpaną przepaskę. Był też przeraźliwie chudy – spod napiętej jak pergamin skóry widać było jego białawe kości i tylko oczy wyglądały na roziskrzone niezdrową gorączką.

Wystraszona dziewczynka postanowiła uciec, pod jej stopą trzasnęła jednak gałązka. W tym momencie zwierzęta bite witką przez chłopca, podbiegły do niej. Widząc je z tak bliska dziewczynka zauważyła, że wszystkie mają na oczach bielmo ślepoty. Większość wyglądała też bardzo staro. Było ich jednak tak wiele, że z łatwością zaciągnęły ją przed chłopca.

- Kim jesteś? – spytał tak, jakby był szczerze ciekawy. Nie patrzył jednak na nią a kiedy się odezwała i powiedziała, że mieszka w pobliskiej wiosce uśmiechnął się kpiąco.
- Już nigdy tam nie wrócisz – powiedział. – Będziesz mieszkać tu ze mną. Będziesz się mną opiekować, bo oprócz zwierząt nie ma tu nikogo kto by mi służył a moja matka od dawna już nie żyje.

Dziewczynka zaczęła płakać, co bardzo rozsierdziło chudego chłopca. Wściekły zamachnał się witką chcąc ją uderzyć, zasłoniła się jednak rękami. Wówczas chwycił ją za jej czarne włosy i zaczął nią szarpać. Dziewczynka próbując się bronić popchnęła go a on upadł, uderzając głową o leżący na ziemi kamień.

Zapadła cisza. Martwy chłopiec lezał obok strumyka a z jego ust wypłynęła kropla rubinowej krwi. Wydało się wtedy, że cała puszcza zastygła i przestała oddychać; nie słychać było nawet najcichszego powiewu wiatru czy bicia serca. Nad polaną zawisł gęsty i ciężki czar, duszący jak zapach tysiąca starych róż. A dziewczynka nachyliła się i sama nie wiedząc czemu, pocałowała martwego chłopca w usta.

W tym momencie kropla rubinowej krwi chłopca zapadła jej w serce.

Puszcza powoli ożyła a milcząca dziewczynka, ruszyła w jej głębię. Idąc uśmiechała się do siebie i dotykała maleńkimi dłońmi rosnące przy leśnej dróżce kwiaty paproci.

Po chwili poszły za nią zwierzęta. A gdy tak szła, lekki zefir powiewał jej czarnymi jak atramentowa noc i nieprzeniknionymi jak sen, włosami.




skomentuj (1)